„Moja Narew”: Tomasz Mrozek


Przyszła pora na bardzo nietypową „Moją Narew”… Nietypową, bo jest dosłownie „moja” – odpowiedzi na pytania udziela bowiem prowadzący strony Narwi od 11 lat Tomasz Mrozek – czyli piszący te słowa. Jest to zatem odcinek wyjątkowy, choćby dlatego, że będzie pisany w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Z racji tego, że dostałem głos dziękuję Wam wszystkim za te 11 lat 🙂 Jeśli jest tu ktoś, kto był na starej narew.dbv.pl, to tym bardziej pozdrawiam ciepło!

Na ślubie trenera Rafała Koska

Jak przedstawić siebie samego? Hmm… Napiszę po prostu kim byłem w Narwi od 2004 roku: spikerem (2007-08, 2011-17), klubowym fotografem (od 2006), kierownikiem drużyn w różnych meczach, prowadzącym stronę internetową (2004-05 pomagając m.in. Cienkiemu i Czułemu ze stroną kibiców, i od 2007 już prowadząc „swoją” stronę), członkiem komisji rewizyjnej starej Narwi (2013-15) i współzałożycielem i członkiem zarządu nowej Narwi. Wszystko oczywiście w ramach wolontariatu, bo w starej Narwi nie było tego komu robić 🙂

Napisałem książkę o naszym klubie na jego 50-lecie, szykuję coś dużo większego na 60-lecie. A, no i najważniejsze, od 1998 roku do końca życia byłem, jestem i będę Kibicem Narwi.

W dzisiejszym odcinku wyzwaniem nie było, aby wycisnąć z rozmówcy jak najwięcej, ale aby się nie rozgadywać, bo pamięć mam pełną wspomnień. 1/3 mojego życia jest związana z Narwią 🙂 Zapraszam do lektury i mam nadzieję, że Was nie zanudzę.

MOJA NAREW
Tomasz Mrozek


Mój pierwszy mecz Narwi i wspomnienia z nim związane
– Po raz pierwszy na meczu byłem wiosną 1998 roku (14.03), jako dwunastolatek z kilkoma kolegami, ale pozostało to już niestety tylko zbiorem migawek. Graliśmy z Makowianką, którą pokonaliśmy 4-1. Artur Marchewka strzelił wówczas dwie bramki, a po tym meczu zrobiłem go gwiazdą w moim Sensible World of Soccer, kultowej grze na Amidze.

– Bardzo dobre wrażenie zrobili też na mnie Marcin Roman i Mariusz Sadłowski, którzy strzelili pozostałe dwie bramki. Jako dzieciak z plakatami Bebeto i Romario nad biurkiem uważałem wtedy, że Mariusz ma technikę na poziomie Brazyliczyków. Ciekawie się losy toczą, że po tylu latach mam możliwość współpracować z chłopakami przy okazji działalności Ostrołęckiej Akademii Piłki Nożnej…

– Kibice wrzucali na trybuny kolorowy papier toaletowy, rolki papierów z kas fiskalnych, wybuchały petardy hukowe typu „Korsarz”. To było coś bardzo pociągającego, niezwykłego w życiu dwunastolatka. Po tym meczu miałem przerwę w wychodzeniu na stadion, zbierałem tylko wycinki z przedostatniej strony Tygodnika Ostrołęckiego, pisane przez pana Kustusza. Ten stan trwał aż do 15.09.2001 (pamiętam, bo to urodziny mojej mamy), kiedy pojawiłem się na spotkaniu z Marcovią Marki (4-0, bramki Żylak, Pyskło dwie, Nadrowski) i od tego czasu łatwiej policzyć mecze, na których mnie nie było, niż obejrzane na żywo.

Ulubiony zawodnik w historii klubu + powody
– Powiem przekornie… moim ulubionym zawodnikiem w historii jest gość, którego nigdy w życiu nie widziałem grającego – Jerzy Tonewo. Mogę uzasadnić: Narew gra o awans do III ligi, jedną z bramek zdobywa pan Jurek, wychowanek, powoływany do bardzo mocnej kadry województwa. W tej III lidze, najwyższej, jaką udało się nam ugrać, potrzeba nagle trenera – podejmuje się tego zadania Jerzy Tonewo. Lata lecą, a on jest z Narwią cały czas, jako zawodnik, trener, działacz, a teraz pomaga nam swoim doświadczeniem i wiedzą przy odbudowie klubu. Kiedy potrzebowałem pomocy pisząc książkę o Narwi najwięcej bezinteresownej pomocy otrzymałem właśnie od pana Jurka, wspomaganego panem Janem Zalewskim, oraz od innej legendy, Włodzimierza Laskowskiego (mój drugi ulubiony zawodnik 🙂 )

– Żałuję, że nie dane mi było zobaczyć jak grał Jerzy Tonewo, ale jeśli było w jego grze tyle pasji, co w późniejszych latach, to musiał być jednym z ulubieńców trybun.  Spośród ludzi, których widziałem na boisku wyróżnić chciałbym trzech Mariuszów, wspomnianego Sadłowskiego, Nadrowskiego – za jego stałe fragmenty i Marczaka – za polot w grze.

– W ogóle to doszedłem do wniosku, że to niewdzięczne pytanie, bo wielu zawodników Narwi to moi dobrzy koledzy i przyjaciele i chciałoby się coś o nich napisać. Sęk w tym, że np. Marcina Romana, którego bardzo lubię jako człowieka, nie mogłem oglądać jako zawodnika, bo wkurzało mnie jego kolekcjonowanie kartek 🙂 Są też historie w odwrotnym kierunku…

Ulubiony zawodnik obecnie + powody
– Tu z kolei myślałem, że będzie to najtrudniejsze pytanie, ale odpowiedź nasunęła mi się niemal natychmiast. Maciek Młynarski, którego miałem okazję „prowadzić” jako „awaryjny trener” w jednym z meczów juniorów kilka lat temu. Wygraliśmy wtedy w Wieczfni Kościelnej 3-2 pomimo czerwonej kartki, przyjechania w jedenastu i kontuzji jedynego napastnika na rozgrzewce (kopnął w ławkę rezerwowych i rozwalił palec). Maciek harował za dwóch w obronie, potem w pomocy, a ja cały czas myślałem jak go sklonować, żeby był też na ataku. Znałem go już wcześniej, bo w miarę regularnie oglądałem mecze młodzieżowe, ale od tamtego meczu naprawdę mu kibicuję i bardzo chciałem, żeby wrócił do Narwi. Inteligentny, ambitny, chłopak z pasją. Uważam, że jeśli nie znudzi mu się piłka, to ma zadatki na trenera młodzieży.

Dlaczego kibicuję Narwi?
– Zacząłem kibicować Narwi na przełomie podstawówki i gimnazjum, kiedy moi dobrzy koledzy z klasy, Andrzej Chrzanowski i Tomek Dziamałek trenowali w zmartwychwstałej sekcji bokserskiej Narwi. Razem z Andrzejem byłem zresztą na wspomnianym meczu z Marcovią, grał wtedy sąsiad Andrzeja, Robert Wołosz i „Chrzanek” bardzo się tym jarał. Spodobało mi się to, że w Narwi grają ludzie stąd, nasi sąsiedzi (okazało się, że grało także dwóch moich sąsiadów z bloku, Remek Dąbrowski i Grzegorz Kwiatkowski). Potem na trybunach zawiązały się jedne z najważniejszych przyjaźni mojego życia. Jak tu nie kibicować?

Marzenia związane z klubem
– Chciałbym odpowiedzieć zwięźle, ale się nie da… Spełniła się większość moich marzeń związanych z Narwią, od zamiaru prowadzenia strony internetowej, przez wydanie książki o klubie, aż po zasiadanie w jego władzach. Na 50-lecie Narwi wydarzyło się coś, o czym nawet nie marzyłem – w gronie 50 zacnych osób odebrałem złota odznakę COOZPN. Kiedy klub upadł, moim marzeniem było, aby powrócił, wolny od dotychczasowych problemów – tak też się stało. American dream.

– Tyle, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc tym bardziej mając jakiś wpływ na działalność klubu trzeba stawiać sobie cele, czasami dla niepoznaki nazywane marzeniami. Takie cele to powrót dawnych sekcji, gra piłkarzy na wyższych poziomach ligowych (a jako marzenie – II liga kiedyś?), złoty medal Mistrzostw Polski pływaczek.  Z takich prywatnych narwiańskich marzeń, ciągle aktualne jest to, by zagrać w meczu ligowym w barwach Narwi. Może się to spełni, ale raczej jeśli powstaną rezerwy, bo piłkarsko jestem zbyt cienki  🙂


Fotek nie będzie, bo przez większość mojej przygody z Niebiesko-Czerwonymi byłem po drugiej stronie obiektywu.

2 comments

  1. Nadzieją wszystkich kibiców Narwii tych w O-ce oraz gdzieś porozbijanych w różnych krańcach świata jest to by takich gości jak Ty było więcej. Wtedy nie walczylibyśmy z kozią wólką na kartoflisku tylko w normalnej lidzie z normalnymi przeciwnikami. Ale nadzieja jest taka, że może po tylu latach idzie to w dobrym kierunku oby…. 🙂

Blokada komentarzy.